<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Teraz Sztuka! - blog ZPAP</title>
	<atom:link href="http://www.zpap.pl/blog/?feed=rss2" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.zpap.pl/blog</link>
	<description>Porozmawiajmy o sztuce prawdziwej, ważnej i profesjonalnej</description>
	<lastBuildDate>Wed, 28 Mar 2012 17:10:46 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
		<item>
		<title>Zapraszamy na spotkanie promocyjne!</title>
		<link>http://www.zpap.pl/blog/?p=65</link>
		<comments>http://www.zpap.pl/blog/?p=65#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 04 Feb 2012 22:25:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czasopisma]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.zpap.pl/blog/?p=65</guid>
		<description><![CDATA[6  lutego 2012 o godz. 18.00 Dom Plastyka, ul. Mazowiecka 11 a,  Warszawa Zarząd Główny Związku Polskich Artystów Plastyków zaprasza na prezentację nowego pisma „ARTTAK&#8221; &#8211; Sztuki Piękne oraz na spotkanie z prof. Teresą Grzybkowską i Antonim Liberą. Wybitny historyk &#8230; <a href="http://www.zpap.pl/blog/?p=65">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h3><strong>6  lutego 2012 o godz. 18.00<br />
Dom Plastyka, ul. Mazowiecka 11 a,  Warszawa </strong></h3>
<p>Zarząd Główny Związku Polskich Artystów Plastyków zaprasza na prezentację nowego pisma „ARTTAK&#8221; &#8211; Sztuki Piękne oraz na spotkanie z prof. Teresą Grzybkowską i Antonim Liberą.<br />
Wybitny historyk sztuki, znawczyni sztuki dawnej i współczesnej oraz pisarz, tłumacz i reżyser spróbują scharakteryzować kondycję artysty w czasach współczesnych.<strong> <img title="Więcej..." src="http://arttak.pl/wp-includes/js/tinymce/plugins/wordpress/img/trans.gif" alt="" /></strong></p>
<p><span id="more-65"></span></p>
<div class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><a href="http://arttak.pl/wp-content/uploads/2012/01/Schowek03a.jpg"><img style="margin: 10px;" title="Schowek03a" src="http://arttak.pl/wp-content/uploads/2012/01/Schowek03a-300x188.jpg" alt="Wywiad 03" width="300" height="188" /></a><p class="wp-caption-text">fot. M.Bielecki / T.Czerniejewski</p></div>
<p><strong>Teresa Grzybkowska</strong>, historyk sztuki, prof. zwyczajny, zajmuje się malarstwem polskim i europejskim. Na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie pracowała w latach 1989-2003, stworzyła katedrę historii sztuki oraz rocznik „Porta Aurea”. Od 2003 roku związana jest z Uniwersytetem Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie, wykłada też historię sztuki na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Autorka 11 książek (m.in. <em>Eros w sztuce polskiej</em>, Warszawa 1983 czy <em>Świat obrazów Jacka</em> <em>Malczewskiego</em>, Warszawa 1996), a także współredaktorka i współautorka wielu tomów (m.in. <em>Urbs celeberrima. Księga pamiątkowa na 750-lecie lokacji Krakowa</em>, Kraków 2008). Autorka siedmiu wystaw z obszaru sztuki dawnej, m.in. <em>Mitologia Malczewskiego</em> – Muzeum Czartoryskich w Krakowie (1996), <em>Aurea Porta Rzeczypospolitej. Sztuka Gdańska od połowy XV do końca XVIII wieku</em> – Muzeum Narodowe w Gdańsku (1997) – nagroda MKiS, <em>Gdańsk dla Rzeczypospolitej</em> – Muzeum Historyczne Miasta Gdańska (2004 ) – Nagroda MKiS, <em>Amor Polonus, czyli miłość Polaków</em> – Muzeum Pałac w Wilanowie (2010, wystawa zaprojektowana wspólnie ze Zdzisławem Żygulskim jun.).</p>
<p>Autorka licznych recenzji z wystaw plastycznych i książek, spektakli, esejów o sztuce, drukowanych w „Polityce”, „Odrze”, „Twoim Stylu”, również w gdyńskim piśmie artystycznym „Bliza” i warszawskim piśmie uczelni artystycznych „Aspiracje”.</p>
<p>&nbsp;</p>
<div class="wp-caption alignright" style="width: 310px"><a href="http://arttak.pl/wp-content/uploads/2012/02/Schowek02a.jpg"><img style="margin: 10px;" title="Spotkanie z A. Liberą" src="http://arttak.pl/wp-content/uploads/2012/02/Schowek02a-300x199.jpg" alt="" width="300" height="199" /></a><p class="wp-caption-text">fot. M.Bielecki</p></div>
<p><strong>Antoni Libera,</strong> pisarz, tłumacz, reżyser teatralny. Przełożył na polski wszystkie dzieła dramatyczne Samuela Becketta, część jego utworów prozą oraz eseje i wiersze. Sztukami Becketta zajmuje się również jako reżyser, wystawiając je w Polsce i za granicą: w Wielkiej Brytanii, Irlandii i USA. Zrealizował blisko trzydzieści spektakli. Tłumaczył również Oskara Wilde’a i tragedie Sofoklesa (m.in. „Antygonę”) oraz dokonał nowego przekładu „Makbeta” Szekspira, kanonu poezji Friedricha Hölderlina i wierszy Konstandinosa Kawafisa. Przekłada też libretta operowe (m.in. „Śmierć w Wenecji” Benjamina Brittena, „Czarną maskę” i „Króla Ubu” Krzysztofa Pendereckiego.</p>
<p>W 1998 opublikował powieść „Madame”, która otrzymała główną nagrodę w konkursie Wydawnictwa Znak. W roku 1999 była nominowana do Nagrody Nike i wyróżniona została Nagrodą im. Andrzeja Kijowskiego. W ciągu 13 lat przekroczyła łączny nakład 100 tysięcy egzemplarzy i została przełożona na 20 języków. W 2002 r. znalazła się w finale irlandzkiej IMPAC Dublin Literary Award. W 2009 wydał prozę autobiograficzną pt. „Godot i jego cień”. W latach 1988-1993 współredagował czasopismo &#8222;Puls&#8221;, a w latach 1996-2001 był kierownikiem literackim w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Jest członkiem PEN Clubu i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz amerykańskiego Samuel Beckett Society.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.zpap.pl/blog/?feed=rss2&#038;p=65</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pustka jest jak przepaść &#8211; przyciąga</title>
		<link>http://www.zpap.pl/blog/?p=73</link>
		<comments>http://www.zpap.pl/blog/?p=73#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 03 Feb 2012 10:36:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>gosia</dc:creator>
				<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.zpap.pl/blog/?p=73</guid>
		<description><![CDATA[Pustka jak przepaść – przyciąga. Współczesna sztuka stała się synonimem wolności bezgranicznej, nie podporządkowując się żadnym kanonom. Nad dziełem sztuki przestała czuwać norma, poczucie smaku, piękna, dobra, harmonii i doskonałości. Czy doznanie oburzenia i szoku może spowodować jakąś sensowną refleksję? &#8230; <a href="http://www.zpap.pl/blog/?p=73">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div>
<h1>Pustka jak przepaść – przyciąga.</h1>
</div>
<p>Współczesna sztuka stała się synonimem wolności bezgranicznej, nie podporządkowując się żadnym kanonom. Nad dziełem sztuki przestała czuwać norma, poczucie smaku, piękna, dobra, harmonii i doskonałości.</p>
<p>Czy doznanie oburzenia i szoku może spowodować jakąś sensowną refleksję? Co jest powodem przyzwolenia sztuce na takie strategie? l o co w rzeczywistości toczy się ta batalia, której instrumentem stała się sztuka?<span id="more-73"></span></p>
<h2>Czas horyzontalności</h2>
<p>Spróbujmy zacząć od nakreślenia pewnego kulturowego tła przemian. Alberto Savinio obrazowo nakreślił tę sytuację w symbolicznej przestrzeni: „Pion &#8211; poziom. Te dwa geometryczne terminy najlepiej ilustrują głęboką zmianę, jaka nastąpiła w życiu człowieka w naszych czasach. Wraz z ogłoszonym końcem wzorców odczuwanie wszechświata zmieniło kierunek: stało się z pionowego poziome. Nasze czasy żyją pod znakiem horyzontalności&#8221; &#8211; pisał Savinio w swoich esejach („Wyjście z labiryntu. Szkice rozproszone z lat 1943 -1952&#8243;, Czytelnik, Warszawa 2001 r.).</p>
<p>Według Savinia „nastrojem horyzontalnego odczuwania wszechświata jest pesymizm, tak jak wertykalnego był optymizm: radość i duma z tego, że człowiek zajmuje pozycję wyprostowaną. (&#8230;) z horyzontalności życia, które było ziemskie i śmiertelne, dążyło do wertykalności życia nieśmiertelnego jako celu, który można było osiągnąć&#8221;. Do tego dążyły też sztuka, architektura, malarstwo, rzeźba, dzieła poezji i myśli &#8211; wszystko zmierzało ku wertykalności.</p>
<p>Do XX wieku sztuka definiowana była jako twórczość wedle określonych reguł, a jednym z jej zadań było ukazywanie piękna. Sztuka współczesna, rezygnując z kategorii piękna czy wzniosłości, a także pewnego poziomu biegłości warsztatowej twórców, nie jest w stanie określić nawet tego, jakie dziedziny kultury mogą być zaliczone do jej świata.</p>
<h2>Poszukiwanie lepszego świata</h2>
<p>Można powiedzieć, że w momencie zniesienia wszelkich barier sztuka współczesna wyrzuciła na śmietnik idee ją fundujące, takie jak wzniosłość, piękno, refleksję, harmonię, alegorię, piękna z innymi transcendentaliami. Stała się wolna, a nawet stała się synonimem wolności bezgranicznej, nie podporządkowując się żadnym kanonom. Nad dziełem sztuki przestała czuwać norma, poczucie smaku, piękna, dobra, harmonii i doskonałości.</p>
<p>Rezygnacja z jakiejkolwiek hierarchizacji aksjologicznej doprowadziła do tego, że wolność ekspresy jest tożsama ze sztuką. Jest jeszcze jedna konsekwencja: wraz z nadmiarem wolności, który stał się rodzajem ideologicznego parawanu, pojawiła się pustka, a ta przyciąga podobnie jak przepaść. Zdarza się, że artyści bezwładnie w nią spadają, być może, by ją wypełnić (wtedy byłby to przejaw swoistego horror vacui naszych czasów), a może dlatego, że są nią zdominowani. Pustka może oczywiście stać się też natchnieniem i w opozycji do niej zbudować można całą życiową aktywność. Bluźniercze prace nastawione na szokowanie tak naprawdę ukazują pustkę twórczą i zagubienie artystów. Sztuka zwracająca uwagę na rzeczywiste wartości jest wyzwaniem znacznie trudniejszym.</p>
<p>Artysta zawsze był swego rodzaju rewolucjonistą występującym przeciwko zastanemu porządkowi, jednakże problem tkwi w różnorodnym postrzeganiu tej misji. Dla mnie twórca powinien próbować poszukiwać lepszego świata, ukazywać zapomniane piękno ł odkrywać na nowo wartości. Natomiast często mamy do czynienia z sytuacją, kiedy to anomalia i prowokacja zostają podniesione do rangi sztuki, synonimów buntu i nowoczesności, bo liczy się intensywność skandalu, dzięki czemu praca zostaje utrwalona, a jej autor „słynny&#8221;.</p>
<p>Jednak strategia szoku, mimo że wydaje się optymalna w dzisiejszych czasach, jest zbyt łatwa i tania, by uznawać ją za sztukę. Nie miejmy jednak złudzeń &#8211; wciąż będą się pojawiać nowi skandaliści. I będą się pojawiali obrońcy ich żałosnych działań w imię obrony wolności ekspresji, wolności słowa i nowej sztuki. Sąd wydaje się nie zawsze odpowiednim środkiem zaradczym, bo przepisy prawa nie zawsze są w stanie mierzyć coś, co sztuka ta obraża.</p>
<p>Według mnie najwłaściwszym środkiem jest społeczna dezaprobata i zdolność do oburzania się. Bo sztuka, która korzysta ze strategii skandalu i szoku, w mediach jest przedstawiona jako nieszkodliwa sfera „nieodpowiedzialnej niepoczytalności&#8221;. To w końcu „tylko sztuka&#8221; lub słyszymy tłumaczenie, że mamy do czynienia z symbolem funkcjonującym nie tylko w przestrzeni religijnej, ale też kulturowej, jakby to mogło w jakiś sposób wytłumaczyć tak poważną konsekwencję tego przesunięcia jak uprzedmiotowienie człowieka – bo czym jest w gruncie rzeczy postrzeganie innych ludzi i ich świętości wyłącznie jako elementów społecznych dyskursów? Takie działania mają również moc skutecznego zniechęcania do sztuki.</p>
<h2>Konieczna autocenzura</h2>
<p>Wszystkim znane są próby określania bluźnierczych działań jako prób dialogu z tradycją lub jako interpretacje tematu religijnego. Dialog współczesnego artysty z przeszłością jest konieczny, owszem, ale sztuka współczesna zaczęła oburzać nie tyle wartościami artystycznymi, ile sięganiem do sfery obyczajowej i religijnej. Bywa też, że i sami artyści nieporadnie tłumaczą się, że nie zdawali sobie sprawy, że ich prace mogą coś obrażać.</p>
<p>Dla mnie jest to sytuacja niedopuszczalna kto jak nie artysta powinien być świadomi kontekstów, w jakich może funkcjonować jego praca. Bycie artystą &#8211; nawet współczesnym i postępowym &#8211; nie może oznaczać rezygnacji z odpowiedzialności za jakość własnych myśli i kreacji. Jestem zdania, że twórcza jednostka cały czas pozostaje w obrębie granic wytyczonych przez normy społeczne, obyczajowe, religijne, bo tabu kulturowe może być właśnie drogowskazem i strażnikiem tego, co światopoglądowo ważne w danej kulturze dla jej funkcjonowania i trwania.</p>
<p>Szacunek do innych i ich wartości i wolności wymaga postawy pewnej autocenzury polegającej na wyznaczaniu sobie granic. Zauważam też, że jeszcze kilka lat temu „wykluczona&#8221; sztuka krytyczna argumentów, których dziś mogłaby w walce o swoje miejsce w przestrzeni publicznej i instytucjonalnej sztuka kierująca się tradycyjnymi, klasycznymi wartościami, takimi jak idea piękna, harmonii czy duchowości.</p>
<p>Lawina prac bluźnierczych ruszyła w Polsce z końcem lat 90, kontynuując , jak to często u nas bywa, nurty w sztuce amerykańskiej czy zachodniej. Dziś, wędrując po różnych muzeach sztuki współczesnej, trudno przyznać, że twórcy są towarzyszami Boga w tworzeniu i ukazywaniu rzeczy pięknych, dobrych i prawdziwych. Wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że sztuka współczesna jest jednym z tych obszarów najbardziej wrogo do niego nastawionych. Przykłady tej „sztuki kontestacyjnej” okrzykniętej nowym wyzwaniem dla wyobraźni można by mnożyć bez liku, jednak nie chciałbym się tu odnosić do konkretnych realizacji, bo nie byłoby to nic więcej jak czynienie odpowiedniej „promocji&#8221; tych artystów.</p>
<h2>Obrazoburcza moda</h2>
<p>Istotniejsze będzie pytanie: jaki cel ma taka twórczość? Zdarza się, że największe idiotyzmy, godne raczej leczenia psychiatrycznego niż wystawiania w świetle reflektorów, traktowane są przez twórców i świat sztuki jako protest &#8211; wszystko jedno przeciwko czemu, a ten jest gwarantem zwrócenia na siebie uwagi. Podobny charakter mają „dzieła sztuki&#8221; zamierzone jako bluźnierstwo.</p>
<p>Propaganda wymierzona przeciwko katolicyzmowi stała się swoistą modą, gwarantuje bowiem to, że obrazoburcze prace zostaną zauważone. Co więcej, bluźnierstwo skierowane przeciwko katolicyzmowi jest zajęciem niegroźnym. Potocznie mówi się, że profanacja symboli religii żydowskiej jest nieopłacalna, muzułmańskich &#8211; niebezpieczna, a religii Wschodu &#8211; niemodna. Opluwanie symboli chrześcijańskich jest środkiem do tego, by zostać zauważonym. Jest to najskuteczniejszy sposób na darmową reklamę i zapoznanie „środowisk&#8221; z nazwiskiem autora. Jednak z prac nastawionych na szokowanie tak naprawdę wieje nudą. Ukazują pustkę twórczą i zagubienie artystów. Sztuka zwracająca uwagę na rzeczywiste wartości jest wyzwaniem znacznie trudniejszym.</p>
<address><em>dr hab. Jacek Kucaba jest rzeźbiarzem, prezesem Związku Polskich Artystów Plastyków</em></address>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.zpap.pl/blog/?feed=rss2&#038;p=73</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>10 Konkurs Gepperta czyli: nie idźcie tą drogą kochani, nie idźcie tą drogą!</title>
		<link>http://www.zpap.pl/blog/?p=56</link>
		<comments>http://www.zpap.pl/blog/?p=56#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 10 Jan 2012 18:12:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>gosia</dc:creator>
				<category><![CDATA[Malarstwo]]></category>
		<category><![CDATA[Nowe media]]></category>
		<category><![CDATA[Reźba]]></category>
		<category><![CDATA[Targ słów]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.zpap.pl/blog/?p=56</guid>
		<description><![CDATA[Przytaczam znaną wypowiedź znanego człowieka, z tym, że ja jestem wręcz nieprzyzwoicie trzeźwy, a wypowiedź ta pasuje jak ulał do tego, co chcę dalej powiedzieć. Lecz najpierw kilka słów wstępu. Jakiś czas temu, podczas rozmowy z kolegą z czasów akademickich, &#8230; <a href="http://www.zpap.pl/blog/?p=56">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">Przytaczam znaną wypowiedź znanego człowieka, z tym, że ja jestem wręcz nieprzyzwoicie trzeźwy, a wypowiedź ta pasuje jak ulał do tego, co chcę dalej powiedzieć. Lecz najpierw kilka słów wstępu.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;">Jakiś czas temu, podczas rozmowy z kolegą z czasów akademickich, wywołałem nazwisko Gepperta. Kolega z uśmiechem i uroczym przekąsem zapytał: ­– A Geppert to dobry malarz? Nie przypominam sobie, co mu wówczas odpowiedziałem na to &#8211; <span style="mso-spacerun: yes;"> </span>właściwie retorycznie wypowiedziane &#8211; pytanie, ale znając siebie, zaskoczony i nie zawsze błyskotliwy w odpowiednim momencie, z pewnością wybąkałem coś nieporadnie. Dzisiaj, może również niezbyt błyskotliwie, mogę odpowiedzieć: – Tak, Geppert to dobry malarz i na to mogę dać ci moje słowo honoru.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"><span id="more-56"></span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;">Oczywiście, jak prawie każdy, namalował i niezłe knoty – szczególnie te z lat pięćdziesiątych. Nie muszę chyba jednak przypominać, jakie były to czasy, że urodził się jeszcze w dziewiętnastym wieku i z jakiego środowiska się <span style="mso-spacerun: yes;"> </span>wywodził. Nie było więc mu łatwo pozostać<span style="mso-spacerun: yes;">  </span>wówczas w swoim świecie, a <em style="mso-bidi-font-style: normal;">Podaj cegłę </em>malować nie chciał. Wyobrażam sobie jak musiał się męczyć i jakie rozterki przeżywał, poza normalnymi wątpliwościami, których doświadcza <span style="mso-spacerun: yes;"> </span>każdy artysta, traktujący swoją pracę poważnie i ze znajomością rzeczy. Sztuka była jego pasją i sposobem na życie – nawet w listach miłosnych poruszał ten temat. Pamiętam jednak jego wystawę z drugiej połowy lat sześćdziesiątych, która zachwycała świeżością i nowoczesnością spojrzenia na tę samą tematykę, której przez całe życie był wierny. Profesor Pękalski, podczas dyskusji na temat<span style="mso-spacerun: yes;">  </span>tej wystawy, powiedział: „Geppert to młody malarz”.<span style="mso-spacerun: yes;">         </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">    </span>W latach siedemdziesiątych – podczas wywiadu – jeden z wrocławskich pisarzy zapytał mnie: „Czym dla ciebie jest malarstwo?”. Bez namysłu odpowiedziałem: „Moim życiem”. Wiem, kabotyństwo do kwadratu, którego do dzisiaj się wstydzę &#8211; tylko, że… to prawda. Nie wyobrażam sobie życia bez malarstwa (niekoniecznie własnego), literatury, muzyki i filmu –<span style="mso-spacerun: yes;">  </span>z tym, że film łączy w sobie trzy pierwsze elementy i pozwala przeżyć kilkuset ludziom równocześnie ten sam sen.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;">Snem natomiast nie była wystawa 10. KONKURSU GEPPERTA – CO <span style="mso-spacerun: yes;"> </span>ROBI MALARZ? w Galerii Sztuki Współczesnej we Wrocławiu. To nie był sen, to smutna rzeczywistość, którą niewiele osób chciało przeżyć – nie licząc oczywiście organizatorów i uczestników. Malarstwa, jak zwykle, niewiele tam było, jednak do wykonawców tych dzieł nie mam żadnej pretensji, w końcu: „Śpiewać każdy może…”. Mam natomiast pretensję do organizatorów i wykrzyknik &#8211; w tytule &#8211; właśnie ich dotyczy.</p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">   </span>Cel konkursu próbują wyjaśnić organizatorzy we wstępie katalogu<em style="mso-bidi-font-style: normal;">: „…odbywa się pod hasłem CO ROBI MALARZ. Tytułowe pytanie można rozwijać na wiele sposobów: czym zajmują się malarze najmłodszego pokolenia (i czy na pewno malowaniem)? I dalej: co leży w dziedzinie ich zainteresowań, fascynacji? ”</em>. Wszystko pięknie, ładnie – jak mawiał mój tata – ale do rzeczy mój synu. Otóż za moich czasów w uczelni „chodziło” takie powiedzonko: „Nie ma to jak malarzom, nic nie robią tylko łażą”, które sami zresztą wymyśliliśmy. W tym wypadku nie powinno interesować nikogo, co robi malarz, tylko jak maluje, przy zupełnej dowolności pojmowania tego pojęcia. Co do konkursu – jak można wrzucić do jednego worka kilka przedmiotów, każdy z innej parafii i kazać wybierać, który lepszy?</p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">    </span>Przykładowo: stawiam piękne zdjęcie, obok wspaniały obraz i puszczam interesujący film. Oceniajcie proszę, co jest lepsze – nie, co wolicie oglądać, tylko co jest lepsze. No przecież to nonsens i powinno być oczywistym dla każdego, że tego nie można porównywać, pomimo iż we wszystkich trzech przypadkach występuje obraz. To przecież nie<span style="mso-spacerun: yes;">  </span>konkurs na „Mam talent”. Nawet na olimpiadzie (sportowej), poeta nie startuje w tej samej konkurencji, co kulomiot, a ten nie konkuruje z pływakami.</p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">    </span>A teraz o eksponatach, artystach i ekspertach ich prezentujących. Już od dawna na samo słowo „ekspert” zaczyna mi się jeżyć sierść na grzbiecie. Każdy bełkot jest dla większości z nich filozoficzną rozprawą, a każdy gryzmoł uduchowionym przeżyciem i mistrzowską techniką. Przesadzam? Nie wierzycie? No to posłuchajcie. Pan ekspert Wojciech Kozłowski tak pisze o „malarstwie” swojego pupila: <em style="mso-bidi-font-style: normal;">„Malarstwo Tymka Borowskiego to popis erudycyjnej wiedzy(…). Jest jednocześnie przepełnione radością i poczuciem pewności co do wybrania go jako środka wyrazu.(…) Jest to twórczość, która sprawia przyjemność tak estetyczną, jak intelektualną, w której tak samo liczy się świadomość, jak umiejętności manualne widoczne od razu.”</em>. Jeśli wyobrażacie sobie erudycję i umiejętności manualne jako coś w rodzaju zapisków Leonarda da Vinci czy Brunona Schulza wraz z ich rysunkami, to oczywiście w „malarstwie” Tymka<span style="mso-spacerun: yes;">  </span>Borowskiego nic podobnego nie odnajdziecie. Nie łudźcie się, nic takiego nie ma! Nie ma przede wszystkim żadnego malarstwa. Jest natomiast coś w rodzaju grafiki reklamowej w formie dawno już wyeksploatowanej, nieciekawej, bez pomysłu i nudnej. Mamy również kilka kolaży ze zdjęć różnych przedmiotów i kilkunastu tekstów (oczywiście po angielsku) w ramkach połączonych gdzieniegdzie strzałkami. To chyba te prace zachwyciły pana eksperta, w których odkrył: „mistrzostwo manualne widoczne od razu” i „popis erudycyjnej wiedzy”. Zapewniam obu panów, że tego rodzaju prace (tylko dużo ciekawsze graficznie) potrafi dzisiaj w parę minut zrobić prawie każde dziecko wraz z podobnym bagażem intelektualnym. A komputerowo przerobione zdjęcia, umieszczone w katalogu… Na litość Boską, skąd panowie spadli, przecież takich zdjęć jest pełno w opasłych albumach w każdej najmniejszej agenturze reklamowej w Niemczech, a podejrzewam, że już i w Polsce – ja sam mam takich kilka.<span style="mso-spacerun: yes;">      </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">   </span>Inne dzieło. Kilka ekranów: na jednym dziewczę w kusej koszulinie w pozycji „robię siusiu”, je z miseczki rodzynki (chyba rodzynki), a odbicie lustrzane dziewczęcia robi to samo. Ekran drugi: dziewczyna leży na ziemi w tej samej koszulinie i wolno, wolno obraca się na bok – podobnie jak w poprzedniej odsłonie – lustrzane odbicie robi to samo. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. A jak tłumaczy to zjawisko pani ekspert Bogna Burska, podpierając się tekstem samej autorki Katarzyny Bielskiej<em style="mso-bidi-font-style: normal;">? „Chcę patrzeć na świat z miejsca bezgranicznego. Ujawnić go w ruchu. Nie tylko tym, który przynależy pejzażowi zewnętrznemu czy wewnętrznemu, ale ruchowi, który powstaje z ich wzajemności. Dopełnia je szczególnie i tworzy ruchomą syntezę, wybija z iluzji styczności, która jest naszym udziałem”.</em> Rozumiecie coś z tego? Nie, to bardzo dobrze. Musielibyście się martwić dopiero wtedy, gdybyście coś z tego zrozumieli. Każde słowo z osobna &#8211; rozumiem, ale wszystko razem do kupy… Nie będąc pewny swojej roztropności, pokazałem ten tekst ludziom biegłym w polszczyźnie – niestety, nawet oni, po iluś tam uniwersytetach, też nie potrafili mi pomóc, ale przynajmniej wyleczyli mnie troszeczkę z kompleksu jołopa. Miejsce bezgraniczne… słyszałem o miejscu nieokreślonym, nieznanym, tajemniczym, niewygodnym, nieodpowiednim – jest tych określeń tysiące, dziewczyna wybrała jednak, jak przystało na prawdziwą artystkę, niekonwencjonalnie – miejsce, którego nie ma. Dalszej części tekstu nie podejmuję się tłumaczyć, najważniejsze przecież jest to, że obie panie rozumieją się doskonale.<span style="mso-spacerun: yes;">   </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">   </span>Pamiętam, kiedy przed dyplomem, jeden z profesorów poradził nam dość brutalnie: – Nie filozofujcie (bo na razie, to nie na wasze głowy), nie piszcie bzdur, piszcie prosto, do rzeczy i w powiązaniu z tym, co robicie. Zdaje się, że koleżanka Burska nie miała takiego profesora.</p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">   </span>I wreszcie „boska” Izabela Chamczyk. Praca manualna – duuuuża sprawa, tylko jak zwykle popłuczyny, wykonane byle jak i z byle czego. Pan ekspert Piotr Stasiowski w katalogu przypomina inne kreacje artystki, w których jej nagość to jeden z elementów jej działań. Zdjęcia w katalogu też to dokumentują. Chciałbym przy tej okazji przypomnieć podobne prezentacje, aby nie małpować niepotrzebnie czegoś, co robiono już ponad pięćdziesiąt lat temu. Wszelkiego rodzaju „rozbieranki”, łącznie z tarzaniem się w farbie i odciskaniem na płótnie różnych części ciała (również męskich) – były. Rzucanie wydmuszkami jajek wypełnionych farbą – było. Strzelanie z dubeltówki nabitej farbą i bez farby – <span style="mso-spacerun: yes;"> </span>też było (zaznaczam, strzelanie farbą ze sztucera, to już plagiat), układanie martwej natury z warzyw i owoców morza na ciele pięknej dziewczyny – było (na ciele brzydkiej, to plagiat), kopulowanie – było. Niedawno w Kopenhadze wymyślono nawet Cipkomat, którym panie mogą sobie fotografować wiadomą część ciała, a więc i w tym nie będziemy już pierwsi. Przy okazji takich akcji <span style="mso-spacerun: yes;"> </span>zastanawia mnie zawsze jedno, czy te „ rozbieranki” dzisiaj (w tamtych czasach miały jakieś uzasadnienie), są po to, aby odwrócić uwagę od płótna, czy płótno jest po to, aby usprawiedliwić ekshibicjonizm?<span style="mso-spacerun: yes;">   </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">   </span>Podobnych „dzieł” jak wyżej opisane, na wystawie było sporo.</p>
<p class="MsoNormal">Salvadore Dali gdy dowiedział się, że ma raka skwitował słowami: biedny rak. Ja, oceniając wystawę w całości, mogę tylko powiedzieć: biedna sztuka. <span style="mso-spacerun: yes;"> </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">   </span>Byłbym nieuczciwy twierdząc, że nic mi się nie podobało. Owszem, podobała mi się animacja Pauliny Sadowskiej <em style="mso-bidi-font-style: normal;">Wonder Wonder Land</em> . Ja nazwałbym ją <em style="mso-bidi-font-style: normal;">Ogród poety</em>, ale skoro mamy <em style="mso-bidi-font-style: normal;">Pietruszka-Shop,</em> to dlaczego nie <em style="mso-bidi-font-style: normal;">Wonder Wonder Land</em>. Obrazy olejne tej artystki na pewno spodobają mi się<span style="mso-spacerun: yes;">  </span>w przyszłości. Podobały mi się również (przypominające Hockneyowskie) obrazy Katarzyny Szeszyckiej<span style="mso-spacerun: yes;">  </span>i – przechodząc późnym wieczorem obok galerii – obrazy z cyklu <em style="mso-bidi-font-style: normal;">boys</em> Marcina Zawickiego. Całe w półmroku, oświetlone tylko światłem ulicy, naprawdę przyciągały wzrok. Najprawdopodobniej trzeba je oglądać tylko tak wyeksponowane.<span style="mso-spacerun: yes;">    </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">    </span>Oczywiście nie odważyłbym się oceniać jedną miarą animacji Pauliny Sadowskiej i obrazów Katarzyny Szaszyckiej. Przecież to dwie różne dyscypliny. Nie chcę dawać rad co do regulaminu, ale przynajmniej warto by zastanowić się nad tym, czy nie podzielić przyznawanie nagród na zasadzie: jedne za malarstwo, <span style="mso-spacerun: yes;"> </span>drugie dla „reszty świata”.<span style="mso-spacerun: yes;">     </span><em style="mso-bidi-font-style: normal;"><span style="mso-spacerun: yes;"> </span></em><span style="mso-spacerun: yes;">      </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">    </span>PS. Mając pretensję do organizatorów, może jeszcze większą mam do jury. Jury, gdyby miało trochę szacunku do siebie, sztuki i instytucji, którą reprezentują, a w końcu trochę zwykłej uczciwości, powinno powiedzieć nie! Tak nie można oceniać i albo zrezygnować, albo samemu zaproponować inne kryteria. <span style="mso-spacerun: yes;"> </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">    </span>Uważam, że warto tu dodać jeszcze jedno zdanie: nawet z tych prac można było wybrać do pierwszej nagrody względnie dobrą, ale oczywiście w myśl zasady czym gorzej tym lepiej, jury wybrało najgorszą. <span style="mso-spacerun: yes;">                                                                                   </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">                                                         </span><span style="mso-spacerun: yes;">                            </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;">                                                                                       </span><span style="mso-spacerun: yes;"> </span><span style="mso-spacerun: yes;"> </span><strong style="mso-bidi-font-weight: normal;">Zbigniew Kobylański</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong style="mso-bidi-font-weight: normal;"> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;"> </span><strong style="mso-bidi-font-weight: normal;">Kuratorzy:</strong> Wojciech Pukocz, Patrycja Sikora</p>
<p class="MsoNormal"><span style="mso-spacerun: yes;"> </span><strong style="mso-bidi-font-weight: normal;">Rada Ekspertów:</strong> Bogna Burska, Jan Gryka, Izabela Kowalczyk, Marcin Krasny, Kamil<span style="mso-spacerun: yes;">                                            </span><span style="mso-spacerun: yes;"> </span>Kuskowski, Wojciech Łazarczyk, Przemysław Pintal, Krzysztof Polkowski, Stanisław Ruksza, Andrzej Rysiński, Piotr Stachlewski, Piotr Stasiowski, Witold Stelmachniewicz, Ewa M. Tatar, Ireneusz Walczak.</p>
<p class="MsoNormal"><strong style="mso-bidi-font-weight: normal;">Jury: </strong>Grzegorz<strong style="mso-bidi-font-weight: normal;"> </strong>Dziamski, Janusz Jaroszewski, Leszek Knaflewski, Frantisek Kowalowski, Paweł Lewandowski – Palle, Jarosław Modzelewski, Martin Muller, Maria Anna Potocka, Monika Szewczyk.<strong style="mso-bidi-font-weight: normal;"> <span style="mso-spacerun: yes;"> </span><span style="mso-spacerun: yes;">      </span></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.zpap.pl/blog/?feed=rss2&#038;p=56</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Chłopiec do bicia &#8211; 100 lat ZPAP</title>
		<link>http://www.zpap.pl/blog/?p=44</link>
		<comments>http://www.zpap.pl/blog/?p=44#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 29 Jun 2011 09:51:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>gosia</dc:creator>
				<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.zpap.pl/blog/?p=44</guid>
		<description><![CDATA[Tekst ukazał sie 20 marca 2011 na blogu:                                                                 &#8230; <a href="http://www.zpap.pl/blog/?p=44">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Tekst ukazał sie 20 marca 2011 na blogu:                                                                                   http://kanibalia.blogspot.com/2011/03/chopiec-do-bicia-100-lat-zpap.html</p>
<p>Postrzeganie dziś Związku Polskich Artystów Plastyków jest skomplikowane i kuriozalne zarazem. Z jednej strony jest to stuletnia organizacja, najstarsza, największa działająca z polskich formacji zrzeszających artystów. Z drugiej… oficjalny chłopiec do bicia.<br />
W dzisiejszych mediach zajmujących się sztuką (czy to papier czy sieć) galerie zpapowskie i odbywające się w nich wydarzenia właściwie nie występują. Galerii takich jest w kraju kilkadziesiąt, rocznie więc to kilkaset przemilczanych wystaw. Czy wszystkie były niewarte wzmianki? Trudno uwierzyć.<span id="more-44"></span><br />
Jeżeli już w obiegowych dyskusjach pojawia się kontekst zpapowski to prawie zawsze jest to kontekst negatywny; oznaczający artystę pośledniego, zacofanego, galerię pokrytą komercyjną pleśnią, wsteczne myślenie o sztuce, schyłkową organizację gasnących starców. Jednym słowem w artystycznym dyskursie obsadzono ZPAP w roli etatowego czarnego charakteru. To mentalny wytrych, popularny i płaski do mdłości mem. Urodzony z ignorancji.<br />
Oczywiście sam ZPAP nie jest bez winy, organizacja de facto w minionym systemie monopolistyczna po części zapracowała sobie na swą czarną legendę. Po części.<br />
Dzisiejsze powszechne deprecjonowanie Związku nie zawsze ma też kontekst wyłącznie artystyczny – często chodzi, o jakże ludzkie i prozaiczne, oczernienie konkurenta i usunięcie go z pola dyskusji. I wpełznięcie na jego miejsce. A często to tylko lenistwo i ignorancja; lubimy jasne podziały i niespecjalnie chcemy sami sprawdzać czy etykiety „dobra sztuka” i „komercyjny knot” nalepiono na właściwe towary. A skoro w polu sztuki wciąż tkwi oficjalny chłopiec do bicia… Przecież nam nie odda.<br />
Oczywiście bijący nie zaglądają do zpapowskich galerii. Po co – przecież etykieta została już nalepiona, a rózga tak dobrze leży w dłoni.</p>
<p>W tym roku Związek Polskich Artystów Plastyków obchodzi stulecie istnienia. Nie jest organizacją zamykającą się w ramach wąskiej doktryny estetycznej, czy głosem tylko jednego pokolenia. Jego zadaniem jest upowszechnianie szeroko pojętej twórczości plastycznej, reprezentowanie artystów, ochrona ich praw… Jako jedyne stowarzyszenie artystyczne może zostać nazwany organizacją reprezentatywną dla wszelkich odcieni polskiej sztuki. Dziś Związek zrzesza ponad 7000 twórców wszystkich generacji i dyscyplin artystycznych. Czy wszyscy to beztalencia godne politowania?</p>
<p>Litości, to nawet statystycznie niemożliwe.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.zpap.pl/blog/?feed=rss2&#038;p=44</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>SZTUKA OSOBISTA</title>
		<link>http://www.zpap.pl/blog/?p=31</link>
		<comments>http://www.zpap.pl/blog/?p=31#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 07 Apr 2011 21:45:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.zpap.pl/blog/?p=31</guid>
		<description><![CDATA[Trudno jest dzisiaj w sztuce wyrazić się w sposób oryginalny, odkrywczy i ciekawy. Zdarzają się jednak takie przypadki: mam tu na myśli pokaz multimedialny, który odbył się 22 lipca 2010 roku w PASAŻU NA JATKACH we Wrocławiu, zorganizowany przez Witolda &#8230; <a href="http://www.zpap.pl/blog/?p=31">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Trudno jest dzisiaj w sztuce wyrazić się w sposób oryginalny,  odkrywczy i ciekawy. Zdarzają się jednak takie przypadki: mam tu na  myśli pokaz multimedialny, który odbył się 22 lipca 2010 roku w PASAŻU  NA JATKACH we Wrocławiu, zorganizowany przez Witolda Liszkowskiego, inspirowany „Pętlą” Wojciecha Hasa.</p>
<p>Ponieważ jestem troszeczkę obcy – wiele lat nieobecny – nie znałem jego  twórczości, ani poprzedniej prezentacji na temat „La  Strady”  Felliniego; żałuję, bo to jeden z moich ulubionych filmów i reżyserów.   Przyszedłem – jak zwykle – jako jeden z pierwszych, aby w spokoju  pooglądać prace, niezupełnie wiedząc, jak będzie wyglądał cały pokaz.<span id="more-31"></span></p>
<p>Witek podszedł do mnie i po przywitaniu, powiedział coś w tym sensie:  – Wiesz, to jest sztuka osobista. Na co ja odpowiedziałem, że każdy  artysta robi sztukę osobistą. Nie przypuszczałem, że tak szybko zmienię  zdanie, lub raczej je przewartościuję. Byłem przywiązany do określenia  Jean Cocteau, które sformułował w „Testamencie Orfeusza”, iż każdy  artysta nie potrafi stworzyć nic innego, oprócz własnego portretu.  Obojętnie, czy maluje kwiat, pejzaż, czy abstrakcję – zawsze jest to  jego portret. Dopiero po obejrzeniu całego pokazu i innej wystawy (o  której później), stwierdziłem, że jest to jedyne właściwe określenie:  SZTUKA OSOBISTA.</p>
<p>Najpierw obejrzałem rozwieszone w pasażu obrazy: monochromatyczne,  czarno-biało-szare, nastrojowe i pracochłonne, jak zadania  terapeutyczne. Sam pokaz poprzedziło krótkie wprowadzenie, wygłoszone  przez autora. Muszę o tym wspomnieć i podkreślić, bo rzadko zdarza się  usłyszeć mowę wstępną: w sam raz długą, interesującą, ładną, składną i  do rzeczy. Potem na ekranie ukazały się obrazy przetworzone komputerowo,  zmieniające płynnie formę, przechodzące jedne w drugie, nakładające się  na siebie – jak w pijanym widzie. Egzystencjalny monolog Holoubka z  „Pętli” Wojciecha Hasa i pijacki bełkot Fijewskiego tworzyły  niepowtarzalny i dobrze znany niektórym nastrój. Rzucone na ścianę domów  projekcje, idealnie pasujące do architektury Jatek, tworzyły z nią  jedność, a muzyka – specjalnie na tę okazję skomponowana – wspaniale  dopełniała całości. Myślę, że wielu z nas (iluś tam  -dziesięcioparoletnich) pokaz nie mógł pozostawić obojętnymi. Jesteśmy przecież nieodrodnymi dziećmi tamtych czasów.</p>
<p>Pierwszy raz oglądałem „Pętlę” jako dziewiętnastolatek, a więc zaraz  po nakręceniu filmu przez Hasa. Pomimo smutnych czasów pamiętam, że  byliśmy radośni i pełni nadziei. Film, choć ponury, podobał mi się i  poruszył, lecz była to tylko czyjaś historia, i był to tylko film. Parę  lat później, gdy byłem już innym człowiekiem – inaczej go odebrałem:  bardziej osobiście. Ze snobizmu, słabości, a przede wszystkim z głupoty –  zaczęło się… No bo przecież trzeba było dołączyć do tych wspaniałych  Gałczyńskich, Hłasków, Iredyńskich, Maklakiewiczów, Wojaczków,  Grochowiaków, Niesiołowskich, Osieckich – wyliczać dalej? I wielu, wielu  innych – mniej znanych lecz równie interesujących… Jeszcze dzisiaj z  głupią próżnością chciałoby się być dumnym z wątpliwej sławy  pierwszoligowego pijaczka i powspominać te eskapady po różnego rodzaju  „Hadesach”, „Klubach Dziennikarza”, „Pałacykach”, „Związkach Twórczych”,  „Harendach” , „Kameralnych”, „Spatifach” czy „Ściekach” – miejscach,  które dzisiaj prawie nikomu nic nie mówią. I mnie dotknęła ta „wyższa  forma przeżywania życia” – mam tylko nadzieję, że oprócz kilku  mniejszych czy większych kompromitacji, samego dna nigdy nie  „osiągnąłem”.  Błędy, a nawet upadki bywają czasem korzystne dla rozwoju  – uczą nieufności i dystansu do siebie. Poza tym przecież w tej  atmosferze wielu z nas się ukształtowało, robiąc przy okazji inne, mniej  czy bardziej pożyteczne rzeczy. Dobrzy czy źli, mądrzy czy głupi, ale  to my – inaczej po tych przejściach rozumiejący świat. Z tej perspektywy  pokaz ten odebrałem dzisiaj z pewnym rozrzewnieniem (czując nawet smak i  zapach sety w „Bałtyku” – brr), a trochę jak zły sen, nie żałując mimo  wszystko, że się przyśnił – może dlatego, że nie najgorzej się skończył a  to, co był ciekawe, pozostało.</p>
<p>Przez ostatnie ćwierć wieku włóczyłem się trochę po różnych  wystawach, muzeach i galeriach w Europie. I muszę przyznać, że na  podobny pokaz nie natrafiłem. Jest to droga bardzo interesująca. Ciekaw  jestem, jak będzie kontynuowana, i czy następna odwrócona karta w tej  opowieści będzie dawała więcej nadziei.</p>
<p>Kilka dni później pojechałem do Berlina na wystawę Fridy Kahlo w  Martin-Gropius-Bau. Wystawa diametralnie inna, łączy je jednak motywacja  – obie wpisują się w określenie: sztuka osobista. Jest to sztuka, w  której artysta zajmuje się przede wszystkim sobą, mówi o sprawach  osobistych i przedstawia je w sposób indywidualny. Nie tylko tworzy swój  portret dosłownie czy w przenośni, ale właśnie zajmuje się wyłącznie  własnymi problemami. Odbiorca może odnaleźć również swoje losy, ale  zainteresowaniem artysty – świadomie czy nieświadomie – jest osoba  twórcy, jego problemy i walka o siebie.</p>
<p>W pierwszym przypadku to walka z nieszczęściem, które zaistniało na  własne życzenie. Jeśli walka, bo może to tylko chęć oddania pewnego  stanu ducha, a może nawet trochę masochistyczne przywoływanie tego  stanu? Dla mnie nie ma to znaczenia, ważny jest efekt, a efekt jest  ciekawy.</p>
<p>Frida Kahlo – wszyscy znamy jej historię. Przeborowana jakimś prętem w  wypadku autobusowym: połamana, z rozszczepiającym się kręgosłupem,  gangreną nóg, co w konsekwencji doprowadziło do obcięcia stóp, pospinana  przemyślnymi gorsetami, całe życie malowała walcząc z bólem,  rozpadającym się ciałem, o miłość, małżeństwo, macierzyństwo, o to, aby  być kobietą, żoną, matką i artystką.</p>
<p>Na wystawie zgromadzono około 150 jej obrazów i rysunków,  wypożyczonych  z kolekcji muzealnych, 30 kolekcji prywatnych z Meksyku  oraz 15 kolekcji amerykańskich. Pokazano prace pochodzące z różnych  okresów jej twórczości. Można było zobaczyć wiele rysunków nigdzie do  tej pory nie reprodukowanych oraz ostatnie obrazy z 1954 roku. Niektóre  autoportrety pokazano po raz pierwszy. Wyeksponowano jej piękne ludowe  stroje, biżuterię, listy, a nawet kilkutysiącletnią figurkę,  uwidocznioną na martwych naturach, gipsowy gorset pomalowany  własnoręcznie i zdjęcia to dokumentujące.</p>
<p>Aby zobaczyć wystawę, trzeba było odstać parę godzin w  kilkusetmetrowej kolejce. Przyszedłem godzinę przed jej otwarciem i w  sumie czekałem tylko trzy godziny. Ponieważ była niedziela, kolejka za  mną rosła szybko. Starzy i młodzi – różnojęzyczny tłum – z własnymi  siedziskami i matami do leżenia, skracający czekanie grą w kości czy  czytaniem. Ludzi jednak interesuje malarstwo – oczywiście tutaj przyszli  dotknąć również wzruszającej historii. Nawet ja – mający tego  świadomość – inaczej przecież patrzę na obraz nieznanego mi artysty, a  inaczej na obraz – nawet przeciętny, ale związany z życiorysem  interesującego człowieka, którego historię znam. Jej historia należy  troszeczkę także do nas, dlatego tak emocjonalnie odbieramy jej obrazy.</p>
<p>W pierwszej sali wystawy pokazano przede wszystkim zdjęcia z całego  jej życia: czas  dzieciństwa, z rodzicami i rodzeństwem, przyjaciółmi,  znanymi postaciami z historii kultury i polityki Meksyku oraz prywatne  zdjęcia z mężem Diego Riverą, z Trockim i wiele zdjęć dokumentujących  jej chorobę, operacje, zdjęcia przy pracy i zmagania z kalectwem.</p>
<p>Z malarstwa najbardziej podobało mi się kilka portretów Diego Rivery,  dwie martwe natury oraz kilka po mistrzowsku namalowanych  autoportretów. Wiele obrazów prezentuje poziom dość amatorski i naiwny,  lecz wszystkie utrzymane są we własnym, łatwo rozpoznawalnym stylu, i  wszystkie mają ten nie do wyrażenia słowami wdzięk, urok szczerości i  poezji. No bo czyż nie jest prawdziwą poezją i czarnym humorem rysunek  obciętych stóp, zaopatrzony podpisem: Stopy, co mi po was, kiedy mam  skrzydła i mogę latać.</p>
<p>Gdy myślę o malarstwie Fridy Kahlo, porównuję je z meksykańskimi  świętami: jest kolorowe, pełne fajerwerków i muzyki, lecz z tą wyraźnie  wyczuwalną nutą tragizmu: śmierć, diabły, anioły, kościotrupy i trupie  czaszki są nieodłącznymi elementami procesji, pochodów, a nawet zabaw  dzieci.</p>
<p>Narzuca mi się jeszcze jedno porównanie… Fellini powiedział kiedyś,  że nie ma nic bardziej tragicznego niż śmiech. Ja tak również widzę  obrazy Fridy Kahlo. Kolor obrazów i humor niektórych to śmiech, lecz  zaprawiony goryczą treści. Najlepiej jednak chyba określił jej obrazy  Diego Rivera mówiąc, że jest w nich przesłanie – wyrażają to, co czują  wszyscy: samotność, cierpienie, są twarde jak stal i delikatne, jak  skrzydło motyla, zjadliwe i pełne czułości, rozkoszne jak uśmiech i  okrutne, jak gorycz życia.</p>
<p>Żadna kobieta nie przelała na płótno tak rozdzierającej poezji. Sama  Frida żegnała się z tym światem notując: &#8211; Mam nadzieję, że wyjście jest  radosne i że nigdy tu nie wrócę.</p>
<p>To jedna z tych wystaw, których się nie zapomina. To wystawa, na którą idzie się, jak w odwiedziny do kogoś bardzo bliskiego.</p>
<h2>Zbigniew Kobylański</h2>
<p>(Artykuł ukazał się w &#8222;Informatorze&#8221; Okręgu Wrocławskiego ZPAP nr 1/2011, kopia za zgodą autora)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.zpap.pl/blog/?feed=rss2&#038;p=31</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>LEPSZA NOWA RUDA, NIŻ STARA BLONDYNKA</title>
		<link>http://www.zpap.pl/blog/?p=7</link>
		<comments>http://www.zpap.pl/blog/?p=7#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 20 Mar 2011 17:54:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>
		<category><![CDATA[Targ słów]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.poznajzmiany.nazwa.pl/blog/?p=7</guid>
		<description><![CDATA[Ci, którzy są trochę starsi od własnych trzydziestopięcioletnich dzieci i interesują się sztuką, wiedzą, skąd pochodzi ten slogan w tytule. Tym, którzy dzieci nie mają, wyjaśnię trochę później. Już dość dawno temu w programie telewizyjnym „Ring”, redaktor prowadzący pyta panią &#8230; <a href="http://www.zpap.pl/blog/?p=7">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div>
<p>Ci, którzy są trochę starsi od własnych trzydziestopięcioletnich  dzieci i interesują się sztuką, wiedzą, skąd pochodzi ten slogan w  tytule. Tym, którzy dzieci nie mają, wyjaśnię trochę później.</p>
<p>Już dość dawno temu w programie telewizyjnym „Ring”, redaktor  prowadzący pyta panią Rottenberg: &#8211; Czy jest sztuką, jeśli facet  ściągnie portki i nawali kupę w galerii? Na co pani krytyk sztuki i  macher od wystaw, bez zająknięcia odpowiada: &#8211; Jeśli to zrobił artysta,  to jest to sztuka! Ja z podziwu dla fachowej, celnej, wrażliwej i  wszystko wyjaśniającej odpowiedzi…wstrzymuję oddech z wrażenia i  pozostawiam to chwilowo bez komentarza.<span id="more-7"></span></p>
<p>Dyrektor Kunsthalle w Hamburgu zagadnięty przez dziennikarza: &#8211; Panie  dyrektorze, przecież to są złe obrazy! Dyrektor w całym majestacie swego  stanowiska, całkiem poważnie odpowiedział: &#8211; Ależ tak, autor wprawdzie  nie umie malować, ale on chce nam coś powiedzieć. Dokładnie, co nam chce  powiedzieć ten artysta, pan dyrektor nie wyjaśnił… Pomyślałem sobie  wówczas, to niech ten artysta zacznie tańczyć, śpiewać, pisać romanse,  niech nawet maluje – jeśli się już uparł na tę dziedzinę sztuki, ale  dlaczego &#8211; do diabła – wiszą te bohomazy w Kunsthalle?</p>
<p>Odpowiedź na to pytanie poznałem w zasadzie niedawno. Któregoś dnia  usłyszałem wywiad z młodą artystką, która wystawia akurat w bardzo  znanej galerii. Pani redaktor stwierdza: &#8211; To musi mieć pani wspaniałe  obrazy! Młoda dziewczyna zaskakuje panią redaktor: &#8211; Proszę pani, obrazy  są tutaj najmniej ważne. – Więc co jest ważne?! – pyta zaskoczona pani  redaktor. Ważne jest, kogo się zna – odpowiada bez kabotyńskiej pychy  młoda artystka. Ale tacy są tylko naprawdę zdolni ludzie, znający swoje  umiejętności i braki, bo wiedzą, że to co robią jest tylko drogą, która  nigdy nie ma końca, a cel tej drogi jest nieosiągalny – jak horyzont.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Wróćmy jednak do innych przykładów wielkiej sztuki. W jednym z nowojorskich muzeów, można podziwiać dzieło <em>Puszka z gównem artysty</em> (puszkami po coca coli, pisuarami, muszlami klozetowymi, wannami  znajdującymi się po różnych muzeach świata, można by nieźle zaopatrzyć  niejeden supermarket).</p>
<p>Na Targach Sztuki w Bazylei można było oglądać i kupić dzieło Jarga Geismara <em>Zaprzęg</em> -  dwa krzesła pochylone do przodu, z podtrzymującymi je sznurami, wychodzącymi z gniazdka elektrycznego.</p>
<p>Nie chcę tu wymieniać takich wiekopomnych dzieł, jak <em>Fettstuhl </em>Josepha Beuysa – krzesło posmarowane tłuszczem, dość grubo, które jest zresztą bardziej znane (niektórym), od <em>Mony Lizy</em> Leonarda – no i chyba dużo droższe. Trzeba zaznaczyć, że przy  wymawianiu nazwiska Beuys, oczywiście musowo jest zdjąć czapkę i mówić  przyciszonym głosem.</p>
<p>Przytoczę jeszcze dwa przykłady: dzieł i wypowiedzi artystów. Pan  Kurt Schwitters oznajmia: &#8211; Ja jestem artystą i kiedy splunę, to jest  sztuka (Najwidoczniej tę filozofię i ten wyrafinowany intelektualnie  sposób myślenia, przejęła pani Anda Rottenberg). I inny przykład  genialnej damy: &#8211; Pani Mary Kelly, której wystawę można było zobaczyć w  Warszawie w 2008 roku, pokazała między innymi <em>Ślad kupki zostawiony na tetrowej pieluszce z opisem, co dziecko jadło tego dnia</em> (Dobrze, że nie wpadła na inny pomysł!). One (te pieluszki) są sztuką, bo ja tak mówię – oświadcza pewna siebie pani Kelly.</p>
<p>Gdybym był wstrętnym mizoginistą, powiedziałbym: &#8211; Jak się baba uprze…</p>
<p>Mimo obietnicy nie mogę powstrzymać się od jeszcze jednego przykładu.  Na pewną wystawę z nagrodami, przysłano dwa dzieła – dwa puste  prostokąty. Oczywiście każdy prostokąt innego artysty. Pan Bernhard Hoke  swój prostokącik nazwał <em>Miejsca pomiędzy obrazami</em>,</p>
<p>a pan de Mario swój <em>Niewidzialna rzeźba</em>. Jurorzy mieli  ciężki orzech do zgryzienia. To, że dzieła są godne nagrody, było poza  dyskusją. Problem był w tym, że nie byli jednomyślni, które z tych  dzieł, jest bardziej odkrywcze. Pan de Mario zaproponował zresztą swoją <em>Niewidzialną rzeźbę</em> jednemu z niemieckich muzeów, które jednak po długim namyśle, zrezygnowało z zakupu. Rzeźba była po prostu dla nich za droga.</p>
<p>Zostawmy jednak wielki świat i rozejrzyjmy się po własnym podwórku.  Na wstępie chciałbym – jasno, jednoznacznie i dobitnie powiedzieć, że  wrocławska wystawa <em>Inne media</em> w 2006 roku, w przeważającej  części podobała mi się, a praca nagrodzona pierwszą nagrodą – klasą samą  dla siebie. Wystawa pokazała jakiś trud, pomysł, kunszt wykonania – po  postu</p>
<p>z przyjemnością się ją oglądało.</p>
<p>Tylko… będąc pesymistą, a więc realistą (optymiści są ślepi), znając  nasze kompleksy i ambicje – jestem pewny, że następną wystawą dogonimy, a  nawet przegonimy Zachód – głupotą, oczywiście. Bo zapowiada się  interesująco.</p>
<p>Któregoś dnia – idęż ci ja idę, na kawkę do Akademii Sztuk Pięknych  we Wrocławiu – i co  widzę? Od strony wejścia do kantyny dziesiątki  równo (no może niezbyt równo) przyciętych patyczków, opartych o mur  szkoły. O, myślę sobie, jakaś mamusia dała zajęcie synkowi,</p>
<p>a sama zajęła się ploteczkami. Idę jednak dalej – z drugiej i trzecie  strony uczelni, setki podobnych patyczków podpierają mury. Nie, myślę,  to nie mogło być dziecko, to musi być z pewnością praca jednego z  genialniejszych studentów – może nawet dyplomowa!</p>
<p>Nie dociekałem tego głębiej, bo istotnym było dla mnie przesłanie  tego dzieła. Bez trudu rozszyfrowałem, że patyczki symbolizują kolumny,  które podpierają mury uczelni, aby głupota nie rozsadziła ich od środka.  Zasmuciło mnie tylko jedno – gdyby to była praca jakiegoś starego  profesora, to zrozumiałe, na starość się dziecinnieje – ale młody  człowiek… Ja chciałem budować skrzydła, samoloty, żaglowce, przesuwać  góry, podróżować, a ten… patyczki. Chciałoby się powiedzieć: ech, za  naszych czasów wszystko było lepsze – nawet my!</p>
<p>Innym razem natrafiłem na obronę pracy dyplomowej z malarstwa. Na ścianach obrazy,</p>
<p>a raczej obraza obrazów: na brudnych płótnach ślady, jakby ślimak  przespacerował się po świeżych jeszcze pracach. Student z mądrą, a nawet  przemądrzałą miną peroruje coś w zupełnie nieznanym mi języku. Patrzę  na twarze szacownej komisji z ówczesnym rektorem na czele, a ich oblicza  – jeszcze mądrzejsze od studenta i jego obrazów, z napięciem słuchające  i robiące wrażenie, jakby z tego coś rozumiały. I tylko jeden, jedyny  prof. Nicole Naskow przerwał wreszcie to wielkie misterium (wyskoczył  jak Filip z konopii): &#8211; Ależ człowieku, przecież ty mówisz zupełnie o  czym innym, niż prezentujesz! Przecież to, o czym mówisz, nie ma nic  wspólnego z tymi pracami!</p>
<p>Nie czekałem, co będzie dalej, opuściłem uczelnię, choć nie zdarzyło  mi się nigdy dotąd, wyjść przed końcem jakiegoś przedstawienia.  Wyszedłem i choć lekko zażenowany, to jednak z odrobiną otuchy w sercu…  Jeden, przynajmniej jeden! Taaak, nasza kochana uczelnia, szkoda tylko,  że atmosferą sztuki pachnie tam teraz tak, jak na Saharze sianokosami.</p>
<p>Sprawa dla mnie najważniejsza: Nie rzecz jednak w tej twórczości czy  działaniach – rzecz w tym, że nie można na ten temat nic powiedzieć,  zapytać o co chodzi nie narażając się na kpiny. Każde pytanie, zupełnie  neutralne, brane  jest za agresję i negację ich działań. Tak oczywiście  reagują tylko nieudacznicy i ludzie niepewni tego co robią, mimo  pozornej pewności siebie. – Gdyby  kogoś uraziła ta wypowiedź, bardzo  przepraszam, ale przysięgam, nie miałem jego na myśli. Jeśli tylko  poruszy się ten temat, ludzie – nawet niegłupi, zdolni</p>
<p>i nie robiący nic w tym kierunku, czują się, nie wiedzieć czemu (Ja  się domyślam), osobiście dotknięci. Gdy w cztery oczy zapytam jednego z  naszych Beuysów: Powiedz, o co tu chodzi, dlaczego wpadasz w zachwyt  widząc muszlę klozetową w muzeum, a taka sama w supermarkecie cię  mierzi? Dlaczego patyk wbity w g., do którego na sznurku przywiązany  jest kamień o wdzięcznym tytule <em>Wszechświat na uwięzi</em>, wprawia cię w intelektualny orgazm, a inne g. nie?</p>
<p>Zawsze przy takiej okazji Beuysiątko (nawet nie wykapuje, że  wszechświat na uwięzi wymyśliłem ad hoc), jest lekko zmieszane, robi  nieokreślone ruchy ręką, kurczy się w sobie, ale wesoło odpowiada: &#8211; No  wiesz, stary… A ja, idiota, dalej nic nie wiem. Nie chcę się chwalić,  ale zrozumiałem kilka wykładów na różne tematy Leszka Kołakowskiego,  rozumiem dawną i współczesną poezję, nawet instrukcję obsługi kowadła  pojąłem w lot. Pojąć jednak nie mogę, w jakim celu – skądinąd zupełnie  sympatyczna koleżanka  – wykrzywia się do mnie na zdjęciach przez  pończochę, i dlaczego te zdjęcia zajmują poczesne miejsce w Muzeum  Narodowym we Wrocławiu? Pomysł zresztą nie nowy, bo jak sobie  przypominam, moja starsza siostra robiła identyczne rzeczy już ponad  sześćdziesiąt lat temu, chcąc mnie wystraszyć. Na mnie nie robiło to  jednak żadnego wrażenia wtedy – nie robi i dzisiaj. Rozumiem jednak, że  muzeum nie jest wyłącznie dla mnie, jednego, choć czasem mam takie  wrażenie, bo tłumów tam nie uświadczysz, a przynajmniej w tej jego  części. To samo Beuysiątko – przemiły zresztą kolega – zapytany o to  samo, ale już w większym gronie, odpowiada natychmiast pytaniem: &#8211; A  czyją teorię chcesz usłyszeć? Pana Iks, tu pada jakieś bardzo mądre  nazwisko, czy pana Ygrek, i tu wymienia jeszcze mądrzejsze nazwisko. A  ja, przygnieciony jego intelektualną przewagą, bąkam niewyraźnie: &#8211; Nie,  ja chcę wiedzieć, jakich doznań uświadczasz ty, osobiście, oglądając <em>Fettstuhl</em> czy <em>Zaprzęg</em> – dzieła wymienione wcześniej. A on widząc moją marność, uśmiecha się  triumfująco i pobłażliwie, i patrzy na mnie jak słoń na mrówkę, dobrze,  że chociaż nie rozdepcze.</p>
<p>Zarozumiale muszę przyznać, że za zupełnego idiotę, ja się jednak nie  uważam. Akceptuję wszystkie te działania, a niektóre mi się nawet  podobają. Nie padam z zachwytu na kolana, to prawda, czasami jednak  wydaje mi się, że ktoś próbuje drwić z mojej inteligencji – lecz nawet  jeśli jest ona wątpliwa, nie dam się.</p>
<p>Najwyższy czas wytłumaczyć tytuł tego artykułu. W latach siedemdziesiątych ub. Wieku organizowano na Dolnym Śląsku <em>Dni kultury</em>.  W kilku miastach równocześnie prezentowano malarstwo, muzykę, poezję,  odbywały się odczyty o sztuce, organizowano happeningi.  Zabawa była  przednia, połączona z poważnymi sprawami, ale bez pseudointelektualnego  zadęcia i śmiertelnej powagi – przynajmniej ja tak to wtedy odbierałem. W  roku 1973 w Nowej Rudzie odbył się <em>II Festiwal Studentów Szkół Artystycznych</em>.  Na dworzec wjechała  pomalowana na biało lokomotywa (gdzie tam  Beuysowskim zielonym skrzypcom do naszej lokomotywy), a na Rynku wisiał  ogromny transparent: LEPSZA NOWA RUDA NIŻ STARA BLONDYNKA. Czyż To nie  wspaniały żart?</p>
<p>A propos Beuysa. W żadnym wypadku nie myślcie, iż uważam go za  idiotę, o nie – to geniusz. Mówił zachwycająco – to uczta dla uszu, lecz  trzeba nie mieć zupełnie zdrowego rozsądku, aby uważać jego <em>Fettstuhl</em> czy <em>Zielone skrzypce </em>za  dzieła sztuki. Pierwszy raz zdarzyło mi się słuchać kogoś z zachwytem i  zupełnie się z nim nie zgadzać. Gdy podszedłem do niego (oczywiście z  odkrytą głową, mnąc czapkę w rękach) i  mu to powtórzyłem; Beuys  popatrzył na mnie, uśmiechnął się i …Dzisiaj jestem święcie przekonany,  że mrugnął do mnie, zrobił ten słynny, nieokreślony ruch ręką i  powiedział: &#8211; No  wiesz, stary…</p>
<p>Właściwie nie byłoby tego artykułu, gdyby nie pewna wypowiedź  telewizyjna. Dziennikarka omawiająca wyniki konkursu imienia E.  Gepperta, stojąc na tle jakiegoś śmietnika, pieje z zachwytu: &#8211; To nie  jest jakieś tam machanie pędzelkiem po płótnie… I tak jednym zdaniem  Jejmość telewizyjna rozprawiła się z malarstwem &#8211; poczynając od czasów  kamienia gryzionego, poprzez Leonarda, Tycjana, Goyę, Picassa, aż po  czasy dzisiejsze &#8211; jak buldog z perskim dywanem. &#8211; O, Leonardo! Po cóż  się tak trudził?</p>
<p>Od czasu zasłyszenia stwierdzenia pani profesor filozofii z  Heidelbergu, że nie wszyscy ludzie mieli szansę ukształtować się na  człowieka (kulturalnego), mam wiele wyrozumiałości dla pewnych ludzi.  Wszystko można tolerować, aż do momentu, gdy bezczelność i brak taktu  niektórych, nie przekroczy pewnych granic – gdzieś kiedyś przeczytałem<strong>:  to smutne, że ludzie głupi  są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy pełni wątpliwości. </strong></p>
<p>Nikt nie ogląda już malarstwa – wygłasza inną złotą myśl nasza Jejmość.<br />
To prawda, bo nikt nie chce oglądać już tego chłamu, który w większości  jest proponowany. Ale niech tylko pojawi się wystawa prawdziwego  malarstwa, ludzie walą drzwiami i oknami, i dyskutują – bo jest o  czym.  Oczywiście, pójdzie i nasza Jejmość, i będzie mlaskać z zachwytem – bo  tak wypada. Czy jednak coś przeżyje? – Wątpię, nie może przecież podobać  się śmietnik jakiegoś niewydarzeńca, czy kupka dzieciny pani Kelly i  równocześnie Rembrandt, Picasso czy Malczewski – albo  się ma gust i  poczucie piękna, albo się go nie ma – chyba, że komuś jest wszystko  jedno co ogląda, bo i tak nic nie widzi.</p>
<p>Powstaje we Wrocławiu Centrum Sztuki Współczesnej. Już sobie wyobrażam, ile takich <em>Zaprzęgów, Odcisków kupek, Kabli, Pisuarów czy Niewidzialnych rzeźb </em>znajdzie się na honorowych miejscach.</p>
<p>Oczywiście nie jestem taki naiwny, aby myśleć, że moja pisanina coś  zmieni. Wiem, że jest tylko głosem wołającego na puszczy. Nie będę  jednak ukrywał, że przyjemności pisanina ta dostarczyła mi sporo. W tym  przypominam trochę tego księżowskiego parobka z  opowiadania Wańkowicza  wyjadającego księdzu konfitury ze spiżarni. Przyjemność jedzenia była  dla niego dużo większa od strachu przed konsekwencjami – jadł więc  biedaczysko te konfitury, jadł i lamentował: oj, będzie mi będzie, jak  się księżulo dowiedzą, jadł i buczał, oj będzie mi będzie…</p>
<p>Oj, będzie mi będzie!</p>
<h4 style="text-align: right;">Zbigniew Kobylański</h4>
<p style="text-align: right;">(Artykuł ukazał się w &#8222;Informatorze&#8221; Okręgu Wrocławskiego ZPAP nr 1/2010, kopia za zgodą autora)</p>
<p>&nbsp;</p>
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.zpap.pl/blog/?feed=rss2&#038;p=7</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Witaj, świecie!</title>
		<link>http://www.zpap.pl/blog/?p=1</link>
		<comments>http://www.zpap.pl/blog/?p=1#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 20 Mar 2011 11:56:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.poznajzmiany.nazwa.pl/blog/?p=1</guid>
		<description><![CDATA[Witaj na naszym nowym blogu! Po prostu porozmawiajmy o sztuce. Wasze uwagi i przemyślenia będą mile widziane! &#160;]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Witaj na naszym nowym blogu!</p>
<p>Po prostu porozmawiajmy o sztuce. Wasze uwagi i przemyślenia będą mile widziane!</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.zpap.pl/blog/?feed=rss2&#038;p=1</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

