SZTUKA OSOBISTA

Trudno jest dzisiaj w sztuce wyrazić się w sposób oryginalny, odkrywczy i ciekawy. Zdarzają się jednak takie przypadki: mam tu na myśli pokaz multimedialny, który odbył się 22 lipca 2010 roku w PASAŻU NA JATKACH we Wrocławiu, zorganizowany przez Witolda Liszkowskiego, inspirowany „Pętlą” Wojciecha Hasa.

Ponieważ jestem troszeczkę obcy – wiele lat nieobecny – nie znałem jego twórczości, ani poprzedniej prezentacji na temat „La Strady” Felliniego; żałuję, bo to jeden z moich ulubionych filmów i reżyserów.  Przyszedłem – jak zwykle – jako jeden z pierwszych, aby w spokoju pooglądać prace, niezupełnie wiedząc, jak będzie wyglądał cały pokaz.

Witek podszedł do mnie i po przywitaniu, powiedział coś w tym sensie: – Wiesz, to jest sztuka osobista. Na co ja odpowiedziałem, że każdy artysta robi sztukę osobistą. Nie przypuszczałem, że tak szybko zmienię zdanie, lub raczej je przewartościuję. Byłem przywiązany do określenia Jean Cocteau, które sformułował w „Testamencie Orfeusza”, iż każdy artysta nie potrafi stworzyć nic innego, oprócz własnego portretu. Obojętnie, czy maluje kwiat, pejzaż, czy abstrakcję – zawsze jest to jego portret. Dopiero po obejrzeniu całego pokazu i innej wystawy (o której później), stwierdziłem, że jest to jedyne właściwe określenie: SZTUKA OSOBISTA.

Najpierw obejrzałem rozwieszone w pasażu obrazy: monochromatyczne, czarno-biało-szare, nastrojowe i pracochłonne, jak zadania terapeutyczne. Sam pokaz poprzedziło krótkie wprowadzenie, wygłoszone przez autora. Muszę o tym wspomnieć i podkreślić, bo rzadko zdarza się usłyszeć mowę wstępną: w sam raz długą, interesującą, ładną, składną i do rzeczy. Potem na ekranie ukazały się obrazy przetworzone komputerowo, zmieniające płynnie formę, przechodzące jedne w drugie, nakładające się na siebie – jak w pijanym widzie. Egzystencjalny monolog Holoubka z „Pętli” Wojciecha Hasa i pijacki bełkot Fijewskiego tworzyły niepowtarzalny i dobrze znany niektórym nastrój. Rzucone na ścianę domów projekcje, idealnie pasujące do architektury Jatek, tworzyły z nią jedność, a muzyka – specjalnie na tę okazję skomponowana – wspaniale dopełniała całości. Myślę, że wielu z nas (iluś tam -dziesięcioparoletnich) pokaz nie mógł pozostawić obojętnymi. Jesteśmy przecież nieodrodnymi dziećmi tamtych czasów.

Pierwszy raz oglądałem „Pętlę” jako dziewiętnastolatek, a więc zaraz po nakręceniu filmu przez Hasa. Pomimo smutnych czasów pamiętam, że byliśmy radośni i pełni nadziei. Film, choć ponury, podobał mi się i poruszył, lecz była to tylko czyjaś historia, i był to tylko film. Parę lat później, gdy byłem już innym człowiekiem – inaczej go odebrałem: bardziej osobiście. Ze snobizmu, słabości, a przede wszystkim z głupoty – zaczęło się… No bo przecież trzeba było dołączyć do tych wspaniałych Gałczyńskich, Hłasków, Iredyńskich, Maklakiewiczów, Wojaczków, Grochowiaków, Niesiołowskich, Osieckich – wyliczać dalej? I wielu, wielu innych – mniej znanych lecz równie interesujących… Jeszcze dzisiaj z głupią próżnością chciałoby się być dumnym z wątpliwej sławy pierwszoligowego pijaczka i powspominać te eskapady po różnego rodzaju „Hadesach”, „Klubach Dziennikarza”, „Pałacykach”, „Związkach Twórczych”, „Harendach” , „Kameralnych”, „Spatifach” czy „Ściekach” – miejscach, które dzisiaj prawie nikomu nic nie mówią. I mnie dotknęła ta „wyższa forma przeżywania życia” – mam tylko nadzieję, że oprócz kilku mniejszych czy większych kompromitacji, samego dna nigdy nie „osiągnąłem”.  Błędy, a nawet upadki bywają czasem korzystne dla rozwoju – uczą nieufności i dystansu do siebie. Poza tym przecież w tej atmosferze wielu z nas się ukształtowało, robiąc przy okazji inne, mniej czy bardziej pożyteczne rzeczy. Dobrzy czy źli, mądrzy czy głupi, ale to my – inaczej po tych przejściach rozumiejący świat. Z tej perspektywy pokaz ten odebrałem dzisiaj z pewnym rozrzewnieniem (czując nawet smak i zapach sety w „Bałtyku” – brr), a trochę jak zły sen, nie żałując mimo wszystko, że się przyśnił – może dlatego, że nie najgorzej się skończył a to, co był ciekawe, pozostało.

Przez ostatnie ćwierć wieku włóczyłem się trochę po różnych wystawach, muzeach i galeriach w Europie. I muszę przyznać, że na podobny pokaz nie natrafiłem. Jest to droga bardzo interesująca. Ciekaw jestem, jak będzie kontynuowana, i czy następna odwrócona karta w tej opowieści będzie dawała więcej nadziei.

Kilka dni później pojechałem do Berlina na wystawę Fridy Kahlo w Martin-Gropius-Bau. Wystawa diametralnie inna, łączy je jednak motywacja – obie wpisują się w określenie: sztuka osobista. Jest to sztuka, w której artysta zajmuje się przede wszystkim sobą, mówi o sprawach osobistych i przedstawia je w sposób indywidualny. Nie tylko tworzy swój portret dosłownie czy w przenośni, ale właśnie zajmuje się wyłącznie własnymi problemami. Odbiorca może odnaleźć również swoje losy, ale zainteresowaniem artysty – świadomie czy nieświadomie – jest osoba twórcy, jego problemy i walka o siebie.

W pierwszym przypadku to walka z nieszczęściem, które zaistniało na własne życzenie. Jeśli walka, bo może to tylko chęć oddania pewnego stanu ducha, a może nawet trochę masochistyczne przywoływanie tego stanu? Dla mnie nie ma to znaczenia, ważny jest efekt, a efekt jest ciekawy.

Frida Kahlo – wszyscy znamy jej historię. Przeborowana jakimś prętem w wypadku autobusowym: połamana, z rozszczepiającym się kręgosłupem, gangreną nóg, co w konsekwencji doprowadziło do obcięcia stóp, pospinana przemyślnymi gorsetami, całe życie malowała walcząc z bólem, rozpadającym się ciałem, o miłość, małżeństwo, macierzyństwo, o to, aby być kobietą, żoną, matką i artystką.

Na wystawie zgromadzono około 150 jej obrazów i rysunków, wypożyczonych  z kolekcji muzealnych, 30 kolekcji prywatnych z Meksyku oraz 15 kolekcji amerykańskich. Pokazano prace pochodzące z różnych okresów jej twórczości. Można było zobaczyć wiele rysunków nigdzie do tej pory nie reprodukowanych oraz ostatnie obrazy z 1954 roku. Niektóre autoportrety pokazano po raz pierwszy. Wyeksponowano jej piękne ludowe stroje, biżuterię, listy, a nawet kilkutysiącletnią figurkę, uwidocznioną na martwych naturach, gipsowy gorset pomalowany własnoręcznie i zdjęcia to dokumentujące.

Aby zobaczyć wystawę, trzeba było odstać parę godzin w kilkusetmetrowej kolejce. Przyszedłem godzinę przed jej otwarciem i w sumie czekałem tylko trzy godziny. Ponieważ była niedziela, kolejka za mną rosła szybko. Starzy i młodzi – różnojęzyczny tłum – z własnymi siedziskami i matami do leżenia, skracający czekanie grą w kości czy czytaniem. Ludzi jednak interesuje malarstwo – oczywiście tutaj przyszli dotknąć również wzruszającej historii. Nawet ja – mający tego świadomość – inaczej przecież patrzę na obraz nieznanego mi artysty, a inaczej na obraz – nawet przeciętny, ale związany z życiorysem interesującego człowieka, którego historię znam. Jej historia należy troszeczkę także do nas, dlatego tak emocjonalnie odbieramy jej obrazy.

W pierwszej sali wystawy pokazano przede wszystkim zdjęcia z całego jej życia: czas  dzieciństwa, z rodzicami i rodzeństwem, przyjaciółmi, znanymi postaciami z historii kultury i polityki Meksyku oraz prywatne zdjęcia z mężem Diego Riverą, z Trockim i wiele zdjęć dokumentujących jej chorobę, operacje, zdjęcia przy pracy i zmagania z kalectwem.

Z malarstwa najbardziej podobało mi się kilka portretów Diego Rivery, dwie martwe natury oraz kilka po mistrzowsku namalowanych autoportretów. Wiele obrazów prezentuje poziom dość amatorski i naiwny, lecz wszystkie utrzymane są we własnym, łatwo rozpoznawalnym stylu, i wszystkie mają ten nie do wyrażenia słowami wdzięk, urok szczerości i poezji. No bo czyż nie jest prawdziwą poezją i czarnym humorem rysunek obciętych stóp, zaopatrzony podpisem: Stopy, co mi po was, kiedy mam skrzydła i mogę latać.

Gdy myślę o malarstwie Fridy Kahlo, porównuję je z meksykańskimi świętami: jest kolorowe, pełne fajerwerków i muzyki, lecz z tą wyraźnie wyczuwalną nutą tragizmu: śmierć, diabły, anioły, kościotrupy i trupie czaszki są nieodłącznymi elementami procesji, pochodów, a nawet zabaw dzieci.

Narzuca mi się jeszcze jedno porównanie… Fellini powiedział kiedyś, że nie ma nic bardziej tragicznego niż śmiech. Ja tak również widzę obrazy Fridy Kahlo. Kolor obrazów i humor niektórych to śmiech, lecz zaprawiony goryczą treści. Najlepiej jednak chyba określił jej obrazy Diego Rivera mówiąc, że jest w nich przesłanie – wyrażają to, co czują wszyscy: samotność, cierpienie, są twarde jak stal i delikatne, jak skrzydło motyla, zjadliwe i pełne czułości, rozkoszne jak uśmiech i okrutne, jak gorycz życia.

Żadna kobieta nie przelała na płótno tak rozdzierającej poezji. Sama Frida żegnała się z tym światem notując: – Mam nadzieję, że wyjście jest radosne i że nigdy tu nie wrócę.

To jedna z tych wystaw, których się nie zapomina. To wystawa, na którą idzie się, jak w odwiedziny do kogoś bardzo bliskiego.

Zbigniew Kobylański

(Artykuł ukazał się w „Informatorze” Okręgu Wrocławskiego ZPAP nr 1/2011, kopia za zgodą autora)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *